środa, 22 marca 2017

"Wenus w Futrze" {La Vénus à la fourrure} (2013)



Opis Fabuły:

Wyczerpujący casting do nowego spektaklu, opartego na motywach powieści "Wenus w Futrze" Leopolda von Sacher - Masocha, nie przynosi rezultatu. Żadna z kandydatek nie nadaje się bowiem do roli kobiety, która zawiera umowę z mężczyzną, by uczynić z niego niewolnika. Zrezygnowany reżyser już zbiera się do wyjścia, gdy do teatru wpada Wanda (Emmanuel Seigner). Wydaje się bezczelna, niewychowana, zdesperowana i nieprzygotowana. Gdy Thomas (Mathieu Amalric) niechętnie zgadza się dać jej szansę, aktorka przechodzi oszałamiającą metamorfozę.
Moje wrażenia:

Jaka szkoda, że "Wenus w Futrze" nie widziałem w odpowiednim czasie! Nie mam bowiem nawet cienia wątpliwości, że jest ona produkcją niemalże wybitną i znamionuje naprawdę wysoką klasę swojego twórcy. Dziełem kompletnym, które bez wątpienia zasługuje na to by określić go mianem jednego z najlepszych (jeśli nie najlepszym) tytułów roku, w którym miał swoją premierę.

Mógłbym się wszak przez długi czas rozwodzić nad tym jak dobrym filmem obdarował nas Roman Polański.

Mógłbym z wielką przyjemnością rozkładać je na czynniki pierwsze i rozpływać się w zachwytach nad znakomitym aktorstwem (Trzeba jednak powiedzieć jedno. Choć obojgu aktorom udało się stworzyć naprawdę kapitalne kreacje, to jednak do mnie osobiście zdecydowanie bardziej przemówiła fantastyczna dyspozycja zaprezentowana przez Mathieu Amalrica. Do tego stopnia, że śmiało mogę stwierdzić, iż rolą reżysera będącego pod wieloma względami swoistym alter ego Romana Polańskiego, zrehabilitował się za całkowicie bezbarwną i absolutnie nie zapadającą w pamięć kreacja Dominica Greena, czyli czarnego charakteru w "Quantum of Solace" Marca Forstera. Pokazał bowiem, że była ona efektem słabego scenariusza, który absolutnie nie dał mu możliwości zagrania niczego lepszego, a nie oznaką braku talentu).

Mógłbym chwalić żywe dialogi, perfekcyjnie rozpisany scenariusz, urzekający minimalizm formy (poniekąd sprawiającej że mamy wrażenia obcowania z teatralnym spektaklem na dwóch aktorów) czy doprawdy fantastyczną interakcję pomiędzy bohaterami.

Mógłbym rozkoszować się po mistrzowsku wykreowanym nastrojem, przez który aż nie chce się ani na moment odrywać wzroku od ekranu, subtelną muzyką Alexandre'a Desplata wznoszeniem się na poziom meta oraz umiejętnym zacieraniem granicy pomiędzy odgrywaną przez bohaterów sztuką a ich realnym życiem.

Mogłbym w końcu przynajmniej próbować doszukiwać się ukrytych przez reżysera sensów, analogii czy podtekstów. Zwrócić uwagę choćby na fakt, że "Wenus w Futrze", przynajmniej w mojej ocenie stanowi ambitną próbę uzewnętrznienia tej odwiecznej dychotomii, która każe mężczyznom z jednej strony lękać się kobiet jako nie do końca rozpoznanej, perwersyjnej i potencjalnie niebezpiecznej siły pochodzącej prosto z najmroczniejszych koszmarów Zygmunta Freuda a z drugiej strony zmusza nas byśmy ich pożądali. Byśmy czynili z nich swoje muzy i pozwalali by zatruwały nam sny.

Naprawdę mógłbym, (Ba! Szczerze mówiąc chyba nawet powinienem) zrobić to wszystko, o czym przed chwilą wymieniłem. Tylko w sumie nie bardzo wiem jaki miałoby to sens?

Przecież wystarczy, że napiszę, iż jest to obraz stworzony przez Romana Polańskiego, byście nie mieli jakichkolwiek wątpliwości, dlaczego długo oczekiwana przeze mnie "Wenus w Futrze" czyli "bardzo" luźno oparta na motywach tytułowej powieści historii podjęcia próby przeniesienia tej pozycji na deski sceniczne po prostu musiała mi się spodobać.

Niejednokrotnie wszak wspominałem, że twórczość Romana Polańskiego darzę mniej więcej takim uczuciem jakim powinno się darzyć najpiękniejszą kobietę świata. Miłością niemalże bezgraniczną i czystą jak poranna rosa. Że jego nazwisko jest dla mnie zawsze gwarancją najwyższej jakością.

Zresztą to uczucie jest jak najbardziej uzasadnione. Roman Polański jeszcze nigdy bowiem mnie jakoś specjalnie nie zawiódł i nawet w tych pozornie słabszych filmach jak np. "Piraci" czy "Dziewiąte Wrota" wznosi się na poziom niedostępny dla większości jego kolegów po fachu.

Nie może zatem chyba dziwić, że jest on dla mnie prawdziwym reżyserskim bogiem i niekwestionowanym wzorem profesjonalizmu.

Podsumowując. Zdecydowanie polecam obejrzeć "Wenus w Futrze". Jest to bowiem kawał znakomitego kina momentami ocierającego się o perfekcję. Dzieło niezbicie udowadniające, że wybitny reżyser (a za takiego niewątpliwie trzeba uznać Romana Polańskiego) dysponując wyłącznie dwoma aktorami i miejscem akcji ograniczonym do jednej lokacji potrafi stworzyć film, aż gęsty od emocji. Obraz, na którym widz ani przez chwilę nie będzie się nudzić i który bez wątpienia pozostanie w jego głowie na długo po seansie.

OCENA: 9/10

piątek, 17 marca 2017

Krótka piłka: Kong. Wyspa Czaszki (2017)

Niech Cthulhu będzie z wami!
No cóż! Nie będę ukrywał, że lubię filmy o wielkich potworach (przykładowo jestem jednym z nielicznych ludzi, którym przypadła do gustu amerykańska "Godzilla"), dlatego "Kong" był dla mnie absolutnym tegorocznym "must see".
Po dzisiejszym seansie mogę powiedzieć tylko tyle: Byłem, widziałem i jestem bardzo zadowolony, ponieważ dostałem dokładnie to, co chciałem! Zresztą trudno żebym miał inne odczucia, skoro film Jordana Vogta-Robertsa pod względem ogólnego nastroju budzi skojarzenia z uwielbianym przeze mnie "Czasem Apokalipsy". Zresztą na samym nastroju się nie kończy. W obu filmach zauważymy bowiem takie motywy jak starcie cywilizacji z "dzikimi", pościg za plotką, podczas gdy prawda okazuje się o wiele bardziej przerażająca, antywojenny przekaz czy żołnierze popadający w obłęd na skutek doznanych przeżyć. Nie mówiąc już o tym, że jednym z bohaterów "Konga" nosi  nazwisko Marlowe.
O ile jednak pod względem technicznym "Kong" to czysta poezja i orgia dla zmysłów a każde pojawienie się "Króla" na ekranie wywołuje autentyczny zachwyt (moje ulubione ujęcie to chyba jak powoli wyłania się z mgły) to jednak nie da się zaprzeczyć, że aktorsko i fabularnie mamy tu co najwyżej stany średnie.
Co z tego bowiem, że w obsadzie znajdują się takie nazwiska jak Tom Hiddleston, Brie Larson, Samuel L. Jackson czy John C. Reilly i co z tego, że się starają skoro nie dostają praktycznie nic ciekawego do zagrania poza zbiorem klisz. Jak wiadomo z pustego to i Salomon nie naleje, dlatego też ciężko się tu spodziewać jakichś godnych zapamiętania postaci.
Podsumowując. Gorąco polecam udać się do kina, ponieważ "Kong" to solidna porcja rozrywki.


Ocena:8/10

niedziela, 5 marca 2017

Split (2016)



Niech Cthulhu będzie z wami! 

W końcu udało mi się obejrzeć "Split" czyli najnowszy film twórcy "Niezniszczalnego", "Szóstego Zmysłu" czy "Znaków" M. Nighta Shyamalana. 

I powiem krótko: Ten obraz to nie tylko triumfalny powrót wspomnianego wyżej reżysera, który mimo kilku wpadek w rodzaju "Zdarzenia" czy "After Earth" nie stracił talentu do opowiadania intrygujących historii i tworzenia niepokojącego klimatu (nie przez przypadek był niegdyś nazywany nowym Hitchcockiem) ale przede wszystkim niezaprzeczalny dowód tego, iż rywalizacja o miano najlepszej kreacji roku chyba właśnie się rozstrzygnęła!

Szczerzę wątpię bowiem, w to aby ktokolwiek był w stanie przebić absolutny popis aktorskich umiejętności i wszechstronności zaprezentowanych przez Jamesa McAvoya, któremu udało się przekonująco wcielić się niezwykle wymagającą rolę osoby, w której ciele tkwi kilkadziesiąt diametralnie różnych osobowości. 

Zatem jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, czy McAvoy  faktycznie jest jednym z najlepszych współczesnych aktorów to po tej produkcji niewątpliwie się ich pozbędzie!

Dodając do tego fakt, że na ekranie partneruje mu niezwykle utalentowana Anya Taylor Joy ( tytuł aktorskiego odkrycia ubiegłego roku jaki przyznałem jej po obejrzeniu "The Witch" zdecydowanie nie był wyróżnieniem na wyrost) oraz wspomniany już wyżej klimat uzyskujemy produkcję, która na długo zapada w pamięć i która niewątpliwie znajdzie się na mojej liście najlepszych obrazów bieżącego roku)

OCENA: 9/10 

poniedziałek, 27 lutego 2017

Oscary 2017

Witajcie! 


Dziś, a właściwie to wczoraj w nocy, odbyła się w Los Angeles 89 ceremonia rozdania Oscarów. Przydałoby się zatem coś napisać, w jakiś sposób się do tego wydarzenia odnieść tyle tylko, że nie bardzo wiem, jak mam skomentować to, czego byłem świadkiem. 





Przyznam bowiem, że podobnie jak chyba większość oglądających tę galę nadal jestem skonsternowany tym, co się wydarzyło i czego miałem okazję być świadkiem. 

 Praktycznie do ostatniego rozstrzygnięcia byłem wszak przekonany (Ba! Miałem już praktycznie gotowy wpis, który potem musiałem wyrzucić do kosza), iż o tegorocznej gali oscarowej będzie można powiedzieć tylko tyle, że poza niewielkimi wyjątkami, była to gala bez historii. Jedna ze zdecydowanie najnudniejszych nocy oscarowych, jakie widziałem odkąd je regularnie śledzę na żywo. 



I to nawet mimo starań prowadzącego całą galę Jimmy'ego Kimmela. Nie wszystkie próby rozruszania show mu się oczywiście udały (np. motyw z rzekomo przypadkowymi "turystami") ale już pomysł by przenieść na grunt oscarów pomysł ze swojego autorskiego programu czyli by gwiazdy ekranu (m.in. Eddie Redmayne, Felicity Jones czy Emma Stone) odczytywały hejterskie posty na swój temat był moim zdaniem "trafiony w punkt". Tu zresztą macie próbkę: 


Cała reszta była jednak sztywna (poza wspaniałym i poruszającym przemówieniem Violi Davis), przewidywalna a przede wszystkim maksymalnie upolityczniona. Czyli w zasadzie podobna do gali z ubiegłego roku tyle, że modne w ubiegłym roku narzekanie na kwestie rasowe (pamiętacie jeszcze akcję oscarssowhite?) w tym roku zastąpiło pokazywanie negatywnego stanowiska środowiska filmowego wobec Donalda Trumpa, czego niezaprzeczalnym dowodem może być chociażby statuetka dla rzekomo pokrzywdzonego irańskiego reżysera Asghara Farhadi za "Klienta" kosztem wyśmienitego "Toniego Erdmanna".  Mówię rzekomo ponieważ Farhadi mógł Oscara odebrać jako, że prawo mu to uniemożliwiające, czyli dekret zawieszający wydawanie wiz do USA obywatelom siedmiu państw, w których większość stanowią muzułmanie (m.in. Iranu), zostało zniesione, jednak mimo wszystko zdecydował się on zbojkotować całą imprezę. No cóż! Jego suwerenna decyzja  

Myślałem zatem, że będę mógł pójść spać w miarę usatysfakcjonowany wynikami (zwłaszcza absolutnie zasłużoną statuetką dla Caseya Afflecka, statuetką dla "Zwierzogrodu" a przede wszystkim statuetką dla przeuroczej Emmy Stone).



 Nie spodziewałem się jednak, że na sam koniec Akademia postanowi nam zaserwować  twist rodem z filmów M. Night Shyamalana! 

I nie chodzi mi tu bynajmniej o samo zwycięstwo "Moonlight" kosztem zdawało by się absolutnego dominatora tegorocznego sezonu i wydawałoby się murowanego faworyta czyli musicalu "La La Land", który zdobył tego wieczoru 6 statuetek w tym dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. 




 Tak się bowiem złożyło, że po pierwsze lubię takie niespodzianki, a po drugie kilka godzin przed ceremonią miałem możliwość obejrzeć wzmiankowany wyżej film i muszę przyznać, że choć była to kalka wyśmienitych "Tajemnic Brokeback Mountain" Anga Lee to nawet mi się podobał (przede wszystkim urzekł mnie nastrojem oraz subtelnym ujęciem tematu). 


Zatem choć nadal uważam, że w stawce nominowanych filmów były co najmniej dwa obrazy, które na zwycięstwo zasłużyły zdecydowanie bardziej (Mam tu na myśli chociażby znakomite "Arrival" czy poruszające "Manchester By The Sea") to jednak nagrodzenie statuetką akurat tego tytułu nie było moim zdaniem  jakimś wielkim faux pas ze strony Akademii. 




Takim byłoby bowiem w mojej ocenie wyróżnienie Oscarem filmu "Lion", który był najzwyczajniej w świecie nudny i kompletnie nie angażujący a przede wszystkim o niczym. Szkoda, więc że zamiast niego Akademia nie zdecydowała się wyróżnić choćby nominacją genialnego "Nocturnal Animals" Toma Forda. Tak! Wiem, że jestem monotematyczny!

Ba! Przyznam, że w pewnym momencie gali obserwując ogólny ton wypowiedzi osób nagradzanych miałem wrażenie, że to "Moonlight" sensacyjnie okaże się zwycięzcą całej imprezy. I jak się finalnie okazało miałem rację! 

Tak na marginesie pozwolę sobie przytoczyć znaleziony gdzieś w Internecie trafny komentarz: " Szacun dla tych, którzy do końca wierzyli w "Moonlight" w głównej kategorii, ale nie zmienia to faktu, że dostaliśmy przypadek bez precedensu: wygrał film, który nie zdobył głównych trofeów na rozdaniach żadnej z trójki głównych gildii, ani też żadnej nagrody BAFTA, gdzie nie był nawet nominowany za reżyserię. Cały sezon pędził na nagrodach od krytyków i Globie za najlepszy dramat. Nawet "Crash" czy "Spotlight" pozgarniały po drodze nagrodę dla najlepszej obsady od SAG, gdy "12 Years a Slave" zremisował z "Gravity" przy PGA, dostał tego samego Globa i najlepszy film oraz aktora na BAFTA". 




Po prostu uważam, że sposób w jaki się to odbyło był żenujący. Jak bowiem można było dopuścić do tego by na ceremonii, która chce uchodzić za poważną i profesjonalną a przede wszystkim jest powszechnie uważana za najbardziej prestiżową w świecie filmu w tak rażący sposób pomylić się  przy odczytywaniu najważniejszej kategorii?

Oficjalny powód jest taki, że zawiniła osoba odpowiedzialna za wręczanie kopert z laureatami czyli pan ze zdjęcia powyżej niejaki Brian Cullinan. Podobno do ostatnich chwil zamiast pilnowania swoich obowiązków był zajęty twittowaniem. Paradoksem jest, że jego ostatnim tweetem, wysłanym dosłownie minuty przed incydentem (później usuniętym, ale w Internecie nic nie ginie), było zdjęcie zdobywczyni Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej Emmy Stone, która musiała go kompletnie zauroczyć (czemu prawdę mówiąc absolutnie się nie dziwię ;) ) skoro to właśnie kopertę z jej nazwiskiem wręczył później Warrenowi Beatty. 


Mam nadzieję, że faktycznie taki był powód tej dziwnej i bezprecedensowej sytuacji. Że nie wynikała ona ze zmiany laureata w ostatniej chwili, żeby uniknąć gniewu czarnoskórych odbiorców. Z obawy przed zamieszkami na ulicach z paleniem aut i napadaniem na sklepy na przedmieściach. 

Tak na marginesie warto moim zdaniem docenić klasę zaprezentowaną przez ekipę i producentów "La La Land", którzy choć to pewnie nie było dla nich łatwe (Ba! Ośmielę się stwierdzić, że była to najtrudniejsza decyzja ich życia. Sam nie wiem, jak ja bym się w takiej sytuacji zachował. Czy nie dałbym się ponieść negatywnym emocjom) zachowali się fair i bez specjalnych protestów oddali statuetkę prawowitym (?) właścicielom. Zatem chapeau bas panowie i panie! Bardzo zapunktowaliście w moich oczach!!!

Podsumowując można powiedzieć tyle: Tegoroczna gala przejdzie do historii jako absolutna kompromitacja Akademii Filmowej a to, co się stało, będzie bardzo długo wspominane, komentowane i stanie się elementem  nie tylko żartów i memów ale przede wszystkim szeroko pojętej popkultury, czego przykładem może być np. ta oto reklama soczewek Seiko, na którą się dziś przypadkowo natknąłem. 



Dodatkowo po takim a nie innym werdykcie na długo pozostanie niesmak. I to nie dlatego, że "Moonlight" jest złą produkcją. Może jestem przesadnym idealistą, ale moim zdaniem  Oscary (ale także inne nagrody) powinno się przyznać produkcjom, które faktycznie na to zasługują i które faktycznie były w danym roku najlepsze a nie takim, które poruszają modny temat czy wpisują się w popularne trendy. Powinno się przymknąć oczy na to czy obsada jest w stuprocentach biała, w stuprocentach czarna czy może mieszana tylko zwracać uwagę przede wszystkim na aspekt merytoryczny. Jak już wspominałem mam poważne wątpliwości, czy tak było w tym przypadku. 

sobota, 25 lutego 2017

Moje przedoscarowe przewidywania!

Witajcie! 

Z uwagi na zbliżającą się wielkimi krokami oscarową galę przyrządziłem krótkie zestawienie pokazujące kogo osobiście chciałbym zobaczyć jako zwycięzcę w poszczególnych kategoriach. Od razu uprzedzam, że nie widziałem wszystkich nominowanych (np. "Moonlight" czy "Fences") choć prawdę mówiąc wątpię aby miało to szansę cokolwiek zmienić.

Najlepszy film: 

 Arrival

(W normalnych warunkach tzn. gdyby zdecydowano się nominować "Zwierzęta Nocy" mój wybór bez wątpienia padłby na produkcję Toma Forda. A tak muszę zadowolić się obrazem lekko zaspokajającym mój deficyt inteligentnego kina SF)  

Najlepszy reżyser: 

Denis Villeneuve (Arrival)

(Najbardziej zasłużył Tom Ford, jednak nie został nawet nominowany)
 
Najlepszy aktor pierwszoplanowy: 


Casey Affleck (Manchester By The Sea)

(Jedyny możliwy wybór! Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Akademia spojrzy merytorycznie a nie przez pryzmat seksafery czy trudnego charakteru aktora) 

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa: 


Emma Stone (La La Land)

(Przyznam, że jest to wybór bardzo subiektywny ponieważ bazujący głównie na uroku osobistym. Obiektywnie rzecz biorąc musiałbym wskazać Isabelle Huppert, która w "Elle" stworzyła wyśmienitą kreację aktorską i "zamiotła" resztę konkurencji. O całkowicie olanej przez Akademię Amy Adams nawet nie ma sensu wspominać) 

Najlepszy aktor drugoplanowy:


Michael Shannon (Nocne Zwierzęta)

(Przyznam, że wahałem się między nim i Jeffem Bridgesem jednak doszedłem do wniosku, że muszę być wierny swoim zasadom trzymania kciuków za jedynym przedstawicielem "Nocturnal Animals") 

Najlepsza aktorka drugoplanowa: 


Michelle Williams (Manchester By The Sea)

(Żadna z tych aktorek, które miałem przyjemność oglądać niczym specjalnym mnie nie olśniła. Zdecydowałem się zatem postawić na tę, która była tego zadania najbliższa. Co prawda w jednej scenia, tej z której screen możecie zobaczyć powyżej, ale zawsze). 

Najlepszy scenariusz oryginalny: 


Lobster

(Zdecydowanie najorginalniejszy film roku  zasłużył na coś więcej niż tylko nominację) 

Najlepszy scenariusz adaptowany:


 Arrival

Najlepszy film nieanglojęzyczny:


Toni Erdmann

(Boję się jednak, że w rzeczywistości Akademia wykorzysta okazję, by utrzeć nosa Donaldowi Trumpowi i nagrodzi "Klienta". Swoją drogą bardzo brakuje mi w tej kategorii "Służącej", "Ostatniej Rodziny" czy "To tylko koniec świata")

Najlepsza muzyka: 


Justin Hurvitz (La La Land)

(Moim faworytem byłby Abel Korzeniowski za "Nocturnal Animals" gdyby Akademia nie była głucha i go nominowała) 

Najlepsza piosenka: 


Audition (The Fools Who Dreams) "La La Land"

Najlepsza scenografia:


 La La Land

Najlepsze efekty specjalne: 


Doktor Strange

Najlepsze zdjęcia: 


Linus Sandgren (La La Land)


(Staje się już pewnie nudny, ale brakuje mi tu Seamusa McGarveya za "Nocne Zwierzęta) 

Najlepszy montaż:


 La La Land

piątek, 24 lutego 2017

"Czarne Lustro" (2011- )




Niech Cthulhu będzie z wami! 

Wielokrotnie podkreślałem mój dość ambiwalentny stosunek do seriali. To, że nie jest wielkim entuzjastą "tasiemców" i poza nielicznymi wyjątkami (takimi jak choćby "Mr. Robot" czy ostatnio "Utopia")  raczej staram się ich unikać. 

Ponieważ jednak z kilku niezależnych od siebie źródeł a konkretnie od kilku osób, które darzę sporym zaufaniem uzyskałem informację, że warto zainteresować się serialem "Czarne Lustro" postanowiłem dać tej produkcji szansę. I wiecie co? Absolutnie tego kroku nie żałuję! 

Dostałem bowiem naprawdę mocną (przez naprawdę duże M) rzecz, która zmusza do refleksji nad kierunkiem, w którym podąża nasz świat. 

Nie jest to pocieszająca perspektywa (prawdę mówiąc raczej mocno przygnębiająca, dołująca a momentami nawet szokująca (Mam tu na myśli głównie pierwszy odcinek pierwszego sezonu!)), ale jeśli miałbym być szczery, to nie trudno mi sobie wyobrazić, że wizja,  jaką proponuje Charlie Brooker, a która bliska jest filozofii egzystencjalistów czy dystopijnym światom wykreowanym przez Michela Houellebecqa i J.G. Ballarda, faktycznie stanie się naszą rzeczywistością. 

W takim ujęciu "Czarne Lustro" staje się kapitalnie zrealizowanym i zapadającym w pamięć pamfletem na współczesność. Gorzkim ostrzeżeniem przed konsekwencjami jakie nas czekają, jeśli będziemy nadal podążać tą samą drogą.

Mam tu na myśli drogę coraz większego uzależnienia od nowych technologii czy programów typu reality show, które mamią ludzi złudzeniami, sprawiając, że coraz więcej osób, jest w stanie zrobić wszystko i wszystko poświęcić, znieść każde upokorzenie,  byle tylko przeżyć swoje "piętnaście minut sławy". Byle tylko wyrwać się z szarej i nudnej przeciętności. Choć przez moment poczuć się kimś ważnym. 

Tylko należy sobie zadać jedno fundamentalne pytanie: Czy  to, co możemy uzyskać faktycznie jest warte ceny, którą przyjdzie nam zapłacić? 

Podsumowując. "Czarne Lustro" to zdecydowanie jeden z najciekawszych seriali, jakie zdarzyło mi się oglądać, zatem nie może być chyba nic dziwnego w tym, że gorąco go polecam. Zwłaszcza osobom, które nie boją się samodzielnie myśleć! Ostrzegam jednocześnie, że nie jest to produkcja lekka, łatwa i przyjemna. Tak jak już bowiem wspominałem ciężko tu o jakąkolwiek pozytywną nutę zatem po obejrzeniu tej produkcji można albo kompletnie stracić wiarę w ludzkość albo popaść w głęboką depresję. 

OCENA: 10/10

poniedziałek, 20 lutego 2017

Najbardziej utalentowani aktorzy i aktorki



Witam!



Z braku lepszego pomysłu na notkę pokusiłem się o przygotowanie zestawienia dwudziestu młodych aktorów i aktorek (za górną granicę przyjąłem trzydziestu lat) , na których nazwiska warto zwrócić uwagę ponieważ które w moim przekonaniu pozytywnie się wyróżniają i mam wrażenie, iż światowe kino będzie miało z nich wiele pożytku na długie lata. Bo choć wiele ich różni (niektórzy mają już określoną pozycję w showbiznesie inni dopiero "pukają do nieba bram") to jednak jedno łączy: nieprawdopodobny talent! Zachęcam do lektury!