sobota, 21 lipca 2018

Znaczenie jest bez znaczenia.

Niech Cthulhu będzie z wami


Z tego co zdążyłem zauważyć śledząc filmowe fora i portale zdecydowana większość widzów zdaje się tej produkcji zwyczajnie nie rozumieć. Odniesienia do niej można bowiem spotkać co najwyżej przy okazji wymieniania najgorszych filmów świata obok takich "dzieł" jak "Piraniokonda" czy "Sharknado".

No cóż! Muszę przyznać, że jakoś specjalnie się temu nie dziwię. Dzieło francuskiego twórcy Quentina Dupieux bowiem to bardzo specyficzne kino, które wymaga znajomości określonej konwencji by czerpać przyjemność z seansu. Widz nie przygotowany na tego typu doświadczenie uzna, że nie ma tu za grosz logiki i po prostu wyłączy odbiornik narzekając z jak beznadziejną produkcją mieliśmy do czynienia.

Nie wiem. Może to wynik tego, iż jestem nieskrywanym wielbicielem cudownie purnonsensowych w swym klimacie skeczy „Latającego Cyrku Monthy Pythona”, ale nie będę ukrywał, iż ten szalony i niezwykle oryginalny obraz, który sam siebie nazywa "hołdem dla bez powodu" bardzo przypadł mi do gustu.

"Mordercza Opona" to dzieło samoświadome, które bawi się naszymi oczekiwaniami. Produkcja urzekająca nieprzewidywalnością, absurdem i groteskową formą. Dzieło skierowane przede wszystkim do wyrobionego odbiorcy, któremu nie przeszkadza ciągłe "puszczanie oka" oraz bawienie się estetyką kiczu czy konwencjami. Kogoś, kto potrafi się zagłębić w to, co autor chciał przekazać i nie ma podejścia typu "O! Jak się pięknie mordują".

Ten film bowiem powinien być postrzegany przede wszystkim jako rozkoszny pastisz kina grozy klasy Z z jego idiotycznymi antagonistami, kulawymi dialogami czy nielogicznym zachowaniem bohaterów, a przede wszystkim jako wielka postmodernistyczna zgrywa z widzów, czego zresztą twórcy specjalnie nie ukrywają i informują nas o tym niemal otwartym tekstem stosując kapitalny zabieg z „burzeniem czwartej ściany”.

Należy zatem pogodzić się z tym, że wydarzenia na ekranie niczym tytułowa opona toczą się swoim rytmem i pozwolić dać się uwieść tej pozycji jak najpiękniejszej dziewczynie. Zapewniam, że kto tak postąpi absolutnie nie będzie żałować! Ja osobiście jestem absolutnie zakochany w tym filmie i chętnie do niego wracam, kiedy tylko mam taką możliwość.



Mordercza Opona (Rubber)

Reżyseria: Quentin Dupieux

Scenariusz: Quentin Dupieux

Kraj: Francja, Angola

Gatunek: Dramat, Horror, Komedia

Czas trwania: 85 minut





czwartek, 19 lipca 2018

"Wieża, Jasny Dzień" czyli Mroczny, słowiański impresjonizm

Niech Cthulhu będzie z wami!


Opis fabuły (za Filmwebem)
Na parę dni przed uroczystością Komunii Świętej córki Mulę i Michała odwiedza niecodzienny gość: niewidziana przez rodzinę od lat młodsza siostra Muli - Kaja która jest biologiczną matką dziewczynki. Czy Kaja będzie starała się odzyskać dziecko? Rodzinie jej zachowanie wydaje się co raz bardziej dziwne. Wokół także dochodzi do wydarzeń, które trudno wyjaśnić. Kościelna uroczystość się zbliża, a atmosfera między siostrami gęstnieje. Wkrótce ma się okazać, że istnieje inny ważniejszy powód, dla którego Kaja wróciła.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Mundial, Mundial i po Mundialu!


Niech Cthulhu będzie z wami!


Znamy już wszystkie rozstrzygnięcia tegorocznego mundialu. Mistrzem świata została Francja po zwycięstwie 4:2 nad dzielnymi Chorwatami a królem strzelców Harry Kane (Oficjalnie, gdyż w rzeczywistości najwięcej bramek nastrzelał Own Goal, który w barwach Barcelony był jedną z gwiazd ubiegłorocznej Ligi Mistrzów).

Pozwólcie zatem, że na moment odbiegniemy od normalnej tematyki tego bloga i pozwolę sobie na krótkie podsumowanie swoich wrażeń odnośnie tego wszystkiego, co wydarzyło się na rosyjskich boiskach przez ostatni miesiąc. 

Nie wiem chyba już jestem za stary, ale poza bardzo nielicznymi wyjątkami to jakoś te mistrzostwa spłynęły po mnie jak po Kaczyńskim zarzuty o łamanie konstytucji. Podczas poprzednich mistrzostw co drugi mecz wywoływał emocje i pamiętałem go latami. Teraz tego nie było. Nie było pięknych koronkowych akcji czy indywidualnych popisów. Na boiskach dominowało wyrachowanie, błędy (głównie w wykonaniu bramakarzy. I to nawet tych uważanych do tej pory za topowych jak DeGea, Muslera czy Szczęsny) oraz stałe fragmenty gry. Nie zauważyłem tu ani jednej drużyny, która od początku do końca zmagań prezentowałaby poziom pozwalający uznać, że faktycznie była tą najlepszą jedenastką turnieju. Każda z ekip zaprezentowała bowiem wyłącznie pojedyńcze przebłyski. 

W przeciwieństwie do poprzednich edycji tej imprezy podczas boiskowych zmagań nie została też wykreowana żadna nowa gwiazda (4 lata temu w Brazylii mieliśmy do czynienia z eksplozją talentu Jamesa Rodrigueza, o którym wcześniej słyszeli chyba tylko fani reprezentacji Kolumbii a dziś jest jednym z kluczowych zawodników Bayernu Monachium i ma za sobą epizod w Realu Madryt). 

Dodatkowo warto podkreślić, że był to mundial, na którym nieomal wszyscy teoretyczni murowani faworyci (Brazylia, Argentyna, Hiszpania czy Niemcy) wypadli słabo i dość wcześnie pożegnali się z rozgrywkami (Myślę, że winnym może tu być niedostateczna regeneracja po wyczerpującym sezonie, w którym najlepsi piłkarze tych reprezentacji mieli do rozegrania ok. 60 czy 70 spotkań. Przecież to mimo wszystko są tylko ludzie a nie roboty). 

Największym paradoksem tego turnieju była dla mnie jednak postawa reprezentacji Chorwacji. Na całym turnieju Chorwatom udało się tak naprawdę tylko spotkanie z Argentyną, gdzie na tle słabego rywala zaprezentowali się znakomicie, z przyjemnością obserwowałem ich grę i byłem pewien, że jeśli utrzymają taką dyspozycję, to po mistrzostwo świata sięgną "na luzie w rozpiętej bluzie". W pozostałych meczach, delikatnie mówiąc "grali piach" (głównie ich lider czyli Luka Modrić, który nie wiedzieć czemu jest kreowany na faworyta zmagań o tegoroczną Złotą Piłkę) i zwyczajnie mieli ogromnego farta (trafili do tej zdecydowanie słabszej połowy drabinki i mieli "autostradę do finału") oraz świetnie dysponowanego Subasicia. Na szczęście w finale limit szczęścia Chorwatów został już wyczerpany (sami podarowali rywalowi 2 bramki) i przegrali z Francuzami. 

Warto również wspomnieć o Belgach, którzy cały turniej sprawiali wrażenie, że grają na 20% procent możliwości a mimo tego odprawili z kwitkiem zarówno Anglię (w meczu o trzecie miejsce) jak i Brazylię (w ćwierćfinale). Żałuję jedynie, że w półfinale z Francją Belgowie zagrali swoje najgorsze spotkanie, bo mam graniczące z pewnością przekonanie, że to była jedyna drużyna, która mogła być dla trójkolorowych realnym zagrożeniem. 

O występie reprezentacji Polski nie ma co wspominać, gdyż jak zwykle skończyło się na wielkich oczekiwaniach. Boiskowa rzeczywistość prędko zweryfikowała autentyczną wartość tych pseudogwiazd z Lewandowskim, Krychowiakiem, Szczęsnym czy Adamem Nawałką na czele. Zabrakło jakiegokolwiek konceptu gry, zaangażowania i woli walki. No, ale przecież, jak stwierdził nasz kapitan na jednej z konferencji prasowych, "samą walką meczów się nie wygra!". No cóż panie Lewandowski! Może i nie, ale zawsze warto próbować pozostawić po sobie dobre wrażenie niż zostać pośmiewiskiem całego piłkarskiego świata! Jakoś Iran czy Peru sobie z tym poradziły. 

Najlepsze mecze

1. Hiszpania - Portugalia (A właściwie powinienem powiedzieć: Hiszpania kontra Cristiano Ronaldo ;) ). 

2. Chorwacja - Rosja 
3. Dania - Peru

4.Chorwacja - Argentyna (Popis gry w wykonaniu reprezentacji z Bałkanów. Kapitalny mecz i fenomenalna bramka z wolnego Luki Modrica!) 
5. Francja - Argentyna (Fajnie się to spotkanie oglądało, ale pod względem czysto piłkarskim to było takie starcie dwóch "ogórków" jak nie przymierzając starcie Termaliki Nieciecza z RKS Radomsko. "Radosny" futbol, zero taktyki, juniorskie błędy, bramki z przypadku (aczkolwiek piekne) a nie wypracowane a przede wszystkim żenująca postawa obrońców obydwu drużyn). 

Najgorsze mecze 
1. Dania - Francja (Wynik satysfakcjonował obie drużyny, więc nie chciały sobie zrobić krzywdy)
2. Polska - Japonia (Ostatnie 10 minut tego meczu to podręcznikowa definicja antyfutbolu) 


Największe odkrycie: 
Denis Czeryszew (Rosja)

Bramka turnieju:
 Benjamin Pavard (Francja - Argentyna)

Najlepsza parada bramkarza: 
Thibaut Courtois (Belgia - Brazylia)

Największa sensacja:
 Odpadnięcie reprezentacji Niemiec i Hiszpanii

Największe rozczarowanie:
Postawa reprezentacji Polski

Najlepszy piłkarz: 
Cristiano Ronaldo (Portugalia)
Po prostu Pan Piłkarz! Niemal w pojedynkę zapewnił Portugalii remis z Hiszpanią. Ośmielę się stwierdzić, że gdyby tylko miał z kim grać, to bez wątpienia sięgnąłby po mistrzostwo świata. Dodatkowo jego sensacyjny transfer do Juventusu przyćmił wszystkie pozostałe wydarzenia na tym mundialu. 

Najgorszy piłkarz: 
Neymar (Brazylia)
Miał olśnić talentem i pokazać, że nie przez przypadek jest najdroższym piłkarzem w historii. Został królem memów.

Najlepszy bramkarz
Thibaut Courtois (Belgia)
W jego przypadku absolutnie nie nie dziwią pogłoski o możliwej (a niektórzy mówią, że wręcz przesądzonej) zmianie barw klubowych i przejściu do Realu Madryt. Grał bardzo pewnie a dodatkowo popisał się kapitalną interwencją w końcówce meczu z Brazylią. 

Najbardziej "przehypowana" drużyna
Chorwacja 

(Drużyna, która cudem prześlizgała się do finału mając prawdziwą autostradę i nie będąc zmuszoną grać z najlepszymi uważana jest za piłkarskich gladiatorów. No cóż! Jeśli prawdą są słowa Ivana Rakitica, że każdy kto nie kibicuje Chorwacji jest Francuzem to widocznie jestem mieszkańcem kraju nad Sekwaną).

Największe WTF
Zwolnienie trenera przez reprezentację Hiszpanii na dwa dni przed początkiem rywalizacji.

Najbardziej kurtuazyjna interwencja bramkarska 



Najbardziej mnie zawiedli 
Bramkarz:
 David De Gea (Hiszpania)
Obrońcy: 
Pique (Hiszpania)
Thiago Cionek (Polska)

Łukasz Piszczek (Polska) 
Pomocnicy 
Siergiej Milnkowić-Sawić (Serbia)
Mesut Ozil (Niemcy)

Kevin DeBruyne (Belgia) 
Piotr Zieliński (Polska)
Neymar (Brazylia)
Napastnicy 
Robert Lewandowski (Polska)
Lionel Messi (Argentyna)



Najlepsza Jedenastka

Bramkarz:

 Thibaut Courtois (Belgia)

W jego przypadku absolutnie nie nie dziwią pogłoski o możliwej (a niektórzy mówią, że wręcz przesądzonej) zmianie barw klubowych i przejściu do Realu Madryt. Grał bardzo pewnie a dodatkowo popisał się kapitalną interwencją w końcówce meczu z Brazylią. 

Obrońcy:



Benjamin Pavard (Francja)

Przebojem wdarł się do podstawowej jedenastki trojkolorowych a w dodatku zaliczył fantastycznego gola w spotkaniu z Argentyną. 



Diego Godin (Urugwaj)

Jose Gimenez (Urugwaj)

Duet stoperów Athletico Madryt był prawdziwą zaporą nie do przejścia dla napastników rywali.


Marcelo (Brazylia)

Szybkość i niesamowita zwrotność, dzięki którym jego rajdy były niezwykle groźne


Pomocnicy


Dienis Czeryszew (Rosja)

Największe odkrycie tego mundialu! Chyba nikt nie spodziewał się, iż zawodnik Villarrealu będzie w stanie zaprezentować na rosyjskich boiskach aż tak dobrą dyspozycję. 


Casemiro (Brazylia)

Może nie jest specjalnie efektownym, ale za to niezwykle efektywnym jeśli chodzi o niweczenie ofensywnych poczynań drużyn przeciwnych. Piłkarz nie do zastąpienia co pokazał mecz z Belgią. Casemiro nie mógł wystąpić w tym spotkaniu i natychmiast powstała wyrwa. 


Eden Hazard (Belgia) 

Motor napędowy wszystkich akcji swojej drużyny. 


Hirving Lozano (Meksyk)

Piłkarz, który strzelił bramkę Niemcom przyczyniając się do sensacyjnego zwycięstwa Meksyku nad (wciąż aktualnymi) mistrzami świata. Przyjemnie oglądało się jego grę, szczególnie jeśli chodzi o kontrataki. 

Napastnicy


Cristiano Ronaldo (Portugalia)

Po prostu Pan Piłkarz! Niemal w pojedynkę zapewnił Portugalii remis z Hiszpanią. Ośmielę się stwierdzić, że gdyby miał z kim grać to bez wątpienia sięgnąłby po mistrzostwo świata.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Botoks (2017)

Niech Cthulhu będzie z wami!


Patryk Vega to prawdziwy fenomen polskiego kina! Podstawowe zasady tworzenia filmów są mu ewidentnie obce. Nie radzi sobie z prowadzeniem aktorów czy kreowaniem wiarygodnych bohaterów z krwi i kości a przede wszystkim nie potrafi operować subtelnością, więc jego filmy pełne są przesady. Nie potrafi również opowiedzieć koherentnej historii, gdyż fabuła rozjeżdża się na luźno ze sobą powiązane epizody. 

Najwyraźniej jednak Vega opanował sztukę rozumienia potrzeb swoich widzów, skoro sygnowane jego nazwiskiem i wypuszczane hurtowo produkcje ściągają do kin tłumy i biją kolejne rekordy frekwencyjne. Takiego zjawiska nie można lekceważyć. Przemogłem się więc i ja. W końcu zdecydowałem się obejrzeć jeden z najgłośniejszych filmów wspomnianego reżysera czyli ubiegłoroczny "Botoks", opowiadający o problemach polskiej służby zdrowia. I muszę powiedzieć, że jest to znacznie lepszy film, niż się tego spodziewałem przed seansem. Przynajmniej dało się go w miarę bezboleśnie oglądać i nie miałem poczucia żenady. 

Myślę, że głównym powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, iż Vega posiada niebywały zmysł obserwacji. Wystarczy bowiem rozejrzeć się dookoła, porozmawiać z osobami z branży albo trochę poczytać, by uwierzyć, iż przedstawione przez niego wydarzenia faktycznie mogły mieć miejsce. Może niekoniecznie w takiej formie, w jakiej zostały przedstawione na ekranie, gdyż przerysowanie pewnych sytuacji jest aż nadto widoczne. 

niedziela, 10 czerwca 2018

Lisbeth Salander powrociła!

Niech Cthulhu będzie z wami!


ilka dni temu w sieci zawitał pierwszy zwiastun "The Girl in the Spider’s Web" czyli kolejnego amerykańskiego podejścia do ekranizacji w swoim czasie cyklu "Millenium" Stiega Larssona (Po jego śmierci kontynuowanego przez Davida Lagercrantza). Po niezbyt zadowalającym finansowo rezultacie poprzedniej próby czyli "Dziewczyny z Tatuażem" postanowiono dokonać poważnych zmian.  Davida Finchera na fotelu reżyserskim zastąpił Fede Alvarez (Między innymi "Nie oddychaj!" czy remake "Martwego Zła"), jako Lisbeth Salander zobaczymy Claire Foy a Daniela Craiga zastąpił Sverrir Gudnason (Borg/McEnroe). A ponieważ osobiście uwielbiam postać wspomnianej wyżej genialnej hakerki, którą uważam za jedną z najciekawszych postaci kobiecych w literaturze musiałem zerknąć okiem, co też udało się tam twórcom usmażyć. 

I niestety trzeba powiedzieć, że jak na razie nie wygląda to zbyt korzystnie. Wiem, że to tylko trailer i od wszelkich dalekosiężnych przewidywań należy się póki co powstrzymać (a nuż to tylko niefortunnie dobranego materiału), ale mam wrażenie, że całość sprawia raczej wrażenie parodii "Dziewczyny z tatuażem" a nie jej pełnoprawnego sequelu.

Zreszta jakoś specjalnie mnie to nie dziwi, skoro nawet w przypadku ksiazkowego oryginału pierwsza czesc zdecydownie góruje nad reszta pod względem klimatu czy fabuły, dyż nie ma w nim absolutnie zbednych koligacji rodzinnych glownej bohaterki sprawiajacych wrazenie zaczerpnietych z jakiejs marnej telenoweli. Poza tym Rooney Mara zdaje sie miec wiecej ekranowej charyzmy niz Claire Foy, która wygląda i zachowuje się jak tania cosplayerka. Nie mówiąc już o tym, że nadal uważam, że Mara była dokładnie taką Salander, jaką miałem w głowie podczas czytania książki. Stworzyła bowiem bohaterkę niezwykle skomplikowaną, która wygląda jak delikatna, niewinna i wrażliwa nastolatka (Dodam, że to właśnie dlatego bardziej wiarygodna i wierna książkowemu oryginałowi wydaje mi się scena gwałtu. Z tego bowiem co pamiętam z lektury nasza bohaterka wyglądała na "łatwy łup" co w przypadku eterycznej Mary jest o wiele bardziej prawdopodobne i łatwiej w to uwierzyć niż przy o wiele masywniej zbudowanej Noomi Rapace, która wcieliła się w tę bohaterkę w szwedzkiej wersji), ale jednocześnie oglądając ją na ekranie mamy wrażenie, że w środku drzemie dzika bestia, z którą lepiej nie zadzierać. 

środa, 6 czerwca 2018

Moje ulubione piosenki!



Niech Cthulhu będzie z wami!


Tak mnie dzisiaj naszło, by z okazji zbliżającego się wielkimi krokami mundialu pobawić się w Adama Nawałkę. Jednak zamiast wybierać piłkarzy wolałem pokusić się o stworzenie zestawienia 23 moich ulubionych piosenek. Przy czym chcę od razu zastrzec, że mówiąc ulubionych nie mam na myśli najlepszych, tylko takie, które z różnych względów uważam za bardzo ważne w mojej muzycznej edukacji najbardziej we mnie utkwiły, poruszyły jakąś strunę bądź takie, do których najczęściej wracam by delektować się pięknem ukrytym w dźwiękach. Oczywiście  racji ograniczonej ilości miejsc niektóre moje ulubione kawałki musiały obejść się smakiem. Co nie znaczy, że uważam je za dużo gorsze. Ba! Innego dnia pewnie mógłbym z nich utworzyć alternatywne zestawienie. Dlatego też prosze go nie traktować jako śmiertelnie poważne, ale raczej jako rodzaj sugestii. 


Miejsce 1. 
Queen "The Show must go on!"


Miejsce 2. 

The Dumplings "Oddychasz"


Miejsce 3.
Emma Stone "Auditon (Fools who dream)


Miejsce 4. 
Archive "Again"

Miejsce 5. 
Arctic Monkey "Do I wanna know"


Miejsce 6. 
Depeche Mode "Strangelove"


Miejsce 7.
The Moody Blues "Nights in White Satin"


Miejsce 8. 
Paramore "Ignorance"


Miejsce 9.
2NE1 "I am the best"




Miejsce 10.

Karen O, Trent Reznor, Atticus Ross "Immigrant Song"



Miejsce 11.
Republika "Republika Marzeń"



Miejsce 12.
Marina and the Diamonds "Starring Role"



Miejsce 13.
Antonio Banderas, Los Lobos "Cancion Del Mariachi"




Miejsce 14.
Placebo "Song to say goodbye"




Miejsce 15.
Edwyn Collins "A girl like you"


Miejsce 16.
TaTu "Ya Soshla S Uma"


Miejsce 17. 
Sting "Shape of my heart"

Miejsce 18.
Linkin Park "In The End"

Miejsce 19.
Myslovitz "Dla Ciebie"

Miejsce 20. 
Taconafide "Nóż"


Miejsce 21. 
Chloe Howl "Rumour"


Miejsce 22. 
Die Antwoord 



Miejsce 23. 
Sigrid "Everybody Knows"

niedziela, 13 maja 2018

Moje wrażenia po seansie "Avengers Infinity War"

Niech Cthulhu będzie z wami!


"Avengers Infinity War" czyli zwieńczenie 10 lat funkcjonowania filmowego uniwersum Marvela to bez cienia wątpliwości największe popkulturowe wydarzenie roku. Dodatkowo wszelkie opinie, na które zdarzyło mi się natknąć były niemalże euforyczne. W takiej sytuacji nie może chyba nikogo dziwić, że choć wyglądam jakbym robił bieda-cosplay Zimowego Zolnierza (z powodu nieszczęśliwego wypadku mam bowiem prawą rękę w gipsie aż do ramienia) czułem się zobligowany zaliczyć wizytę w kinie. 

Tak na marginesie muszę powiedzieć, że mimo wszystko trochę obawiałem się tej produkcji. Gdzieś tam głęboko w głowie kiełkowała mi bowiem myśl, że te wszystkie zachwyty są zdecydowanie przesadzone a cały rozgłos wokół niej nie tyle wynika w faktycznej jakości, co raczej jest wynikiem, z jednej strony, wykształconego przez 10 lat sentymentu do marki, z drugiej zaś zręcznej kampanii marketingowej pozwalającej sprzedać typowy blockbuster jako prawdziwego "Game-changera". 

No bo tak szczerze! Ile razy reklamowano nam jako rewolucyjną produkcję efekciarską, w której bohaterowie i jakakolwiek sensowna fabuła schodzą na dalszy plan ponieważ muszą ustąpić miejsca wybuchom i niedopracowanemu CGI? Obraz, w którym świetni i charyzmatyczni aktorzy zmuszeni są włóczyć się bez celu po ekranie jak zombie, z poważnymi minami wygłaszać przemowy nasycone przesadnym patosem, albo rzucać co jakiś czas zabawnym one-linerem? 

Na szczęście w tym wypadku moje obawy okazały się przedwczesne i , podobnie jak cała reszta świata, jestem zachwycony i absolutnie usatysfakcjonowany tym, czego miałem okazję doświadczyć. Ba! Ośmielę się stwierdzić, że film ten przerósł moje najśmielsze oczekiwania! 

Ogromna w tym braci Russo czyli reżyserów, którzy odpowiedzialni byli także za dwie inne, niezwykle udane, odsłony tego cyklu. Mam tu oczywiście na myśli "Captain America Winter Soldier" i "Captain America Civil War". Moim zdaniem doskonale rozumieją oni istotę kina superbohaterskiego, gdyż nie tylko potrafili pogodzić fakt posiadania pod swoimi skrzydłami prawdziwej aktorskiej śmietanki z opowiedzeniem koherentnej historii czy wykreowaniem efektownej otoczki, ale w dodatku zadbali o coś, na czym, mimo mojej osobistej sympatii do tych filmów, wykładają się konkurenci z DCU. Mam tu oczywiście na myśli zachowanie właściwych proporcji między powagą a humorem. 

W rezultacie dostałem film zawierający wszystko, czego po takiej produkcji można było oczekiwać czyli widowiskowe sceny akcji, świetne interakcje między bohaterami, niespodziewane zwroty akcji oraz kilka odważnych decyzji, przy których to wszystko co zaserwował Rian Johnson w "The Last Jedi" wydaje się być dziecinną igraszką i nieudanym żartem. 

Warto także wspomnieć o tym, że "Avengers Infinity War" wywołuje prawdziwe emocje oraz posiada momenty które chwytają za serce (Przez tyle lat zdążyliśmy się bowiem do tego stopnia zżyć z bohaterami, że traktujemy ich jak naszych przyjaciół. Tak więc nie może chyba dziwić, że fakt, iż dzieje im się jakaś krzywda dotyka nas na niemalże osobistym poziomie). Dodajmy do tego także zawrotne tempo akcji, absorbujące naszą uwagę do tego stopnia, iż kompletnie nie zwraca się uwagi na upływający czas, gdyż zamiast co chwila patrzeć na zegarek jesteśmy zajęci obserwowaniem wydarzeń dziejących się na ekranie, oraz zakończenie, które wbija w fotel i sprawia, że z wielką niecierpliwością oczekiwać będę na kontynuację ponieważ na prawdę chcę wiedzieć co będzie dalej i jak się potoczy opowiadana nam przez braci Russo historia. Nie dziwi więc chyba, że jest to film, który na długo pozostanie w mojej pamięci.



Mam tylko nadzieję, że w kolejnej części szokujący wydźwięk finału (Może delikatnie przesadzam, ale prawdą jest, iż chyba jeszcze nigdy nie byłem świadkiem tego, by po pokazie blockbustera na twarzach widzów wyraźnie dostrzegalna była konsternacja. Do tej pory z czymś podobnym zetknąłem się na genialnym "Czarnym łabędziu") nie zostanie całkowicie podważony i nie okaże się, iż w sumie była to tylko "drobna niedogodność", która z łatwością może zostać naprawiona. Bo choć ja akurat bardzo lubię, kiedy zakończenie mnie psychicznie "sponiewiera" to jednak moje gusta są dość specyficzne. Większość ludzi preferuje raczej happy endy, więc biorąc pod uwagę, że nie mówimy tu o filmie Larsa von Triera czy Gaspara Noe tylko wysokobudżetowym widowisku Disneya obawiam się, iż już teraz można z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że bardziej prawdopodobna jest niestety druga opcja. 

Warto też wspomnieć znakomicie zarysowanego villaina. Josh Brolin udowodnił bowiem, że jest naprawdę kapitalnym aktorem i z pomocą scenarzystów stworzył jednego z najciekawszych czarnych charakterów, jacy kiedykolwiek pojawili się na ekranie. Thanos jawi się bowiem jako postać wielowymiarowa i niezaprzeczalnie fascynująca. Nie tylko można łatwo zrozumieć motywację stojącą za jego nikczemnymi działaniami, to w dodatku w pewnym momencie łapiemy się na tym, iż zaczynamy mu współczuć a nawet w pewnym sensie mu kibicować.

Mi osobiście do pełni szczęścia zabrakło jedynie większej roli Scarlet Witch czyli mojej ulubionej mścicielki (Wielka w tym zasługa przeuroczej Elizabeth Olsen). Jasne! Nie mogę zaprzeczyć temu, iż związany z jej postacią wątek miał kluczowe znaczenie w zaserwowanej nam przez braci Russo historii. Po prostu chciałbym ją częściej oglądać na ekranie. 



Tak na marginesie to kiedy weźmiemy pod uwagę fakt, iż jest Scarlet Witch jest bez wątpienia jednym z najpotężniejszych bohaterów jakimi Avengers dysponują (o czym zresztą mieliśmy się okazję przekonać nawet w tym filmie, kiedy przez dłuższą chwilę w pojedynkę stawiała czoła samemu Thanosowi) rodzi się pytanie: Skoro Wanda jest tak silna to dlaczego w MCU jest sprowadzana wyłącznie do roli postaci góra drugoplanowej, zamiast brać czynny udział w przedstawianych wydarzeniach? Przecież chyba nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy temu, iż na polu bitwy jej moc byłaby dużo bardziej przydatna od takiej dajmy na to Black Widow.