wtorek, 22 października 2019

Festiwal "Kamera Akcja" 2019

Niech Cthulhu będzie z wami!




W dniach 17 - 20 października w Łodzi miała miejsce jubileuszowa edycja Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej "Kamera, Akcja" tym razem (jak można zobaczyć na załączonym obrazku) z udziałem mojej skromnej osoby. Tak na marginesie dodam, iż już od kilku lat planowałem wziąć udział w tym wydarzeniu ponieważ słyszałem wiele pozytywnych opinii jednak zawsze coś stawało na przeszkodzie (na przykład, w swoim stylu, nie zorientowałem się w porę i przegapiłem termin zgłoszeń). W tym roku wreszcie udało mi się wszystkiego dopilnować i zrealizować swoje zamierzenie pozwólcie zatem, że podzielę się z wami krótkimi wrażeniami.



Po pierwsze nie wyobrażam sobie lepszej lokalizacji dla festiwalu filmowego niż budynek Szkoły Filmowej! To miejsce "do szpiku kości" przesiąknięte historią kina (To tu znajdują się najsłynniejsze schody w Polsce, po którym stąpali między innymi tak wspaniali artyści jak Roman Polański i Jagoda Szelc) oraz twórczą energią (polecam obejrzeć stworzony przez Macieja Buchwalda krótki spot reklamowy, którego nie powstydziliby się mistrzowie purnonsensowego humoru czyli panowie z Latającego Cyrku Monthy Pythona). Ta nietypowa mieszanka sprawia, że oglądanie filmów w tej niezaprzeczalnej "Świątyni Kina" sprawia wrażenie obcowania z absolutem i ociera się o sferę sacrum.

Po drugie wśród zróżnicowanych propozycji filmowych nie było filmu, który można uznać zły. Przeciwnie! Dzięki genialnie przeprowadzonej selekcji każdy widz mógł znaleźć coś dla siebie ponieważ do wyboru była klasyka (Filmy Jean- Pierre'a Melvilla), kinowe świeżynki ("Parasite", "Midsommar", "Boże Ciało", "Mowa Ptaków" czy "Wysoka Dziewczyna"), filmy które nie doczekały się polskiej premiery ("Eight Grade" czy "Najlepsze Lata"), kiczowaty film klasy B z lektorem komentującym na żywo ekranowe wydarzenia ("It's Alive III: Island of the Alive") oraz interaktywne eksperymenty ("Late Shift"). Zresztą o atrakcyjności repertuaru najlepiej świadczyły tłumy chętnych oraz fakt, że na niektóre seanse ciężko było się dostać. Jedynym zarzutem (jeśli można to w ogóle można tak traktować) jest fakt, że projekcje się na siebie nakładały tak więc nie było możliwości obejrzenia wszystkich filmów. Aż chciałoby się mieć wehikuł czasu. Osobiście żałuję chociażby, że nie udało mi się "upolować" nowego Lanthimosa, jednak w czwartek wybrałem "Boże Ciało" (i nie żałuję) a w niedzielę już o 13 musiałem wracać do Białegostoku.


Po trzecie udało mi się zrealizować swój wstępny plan, jaki sobie założyłem przed tą całą wyprawą praktycznie w stuprocentach. Jedyne zmiany (takie jak rezygnacja z seansu "Portretu Kobiety w Ogniu" czy "Blindspotting" ) wynikały z faktu, że, jak już wspomniałem, seansy się na siebie nakładały a także kiedyś trzeba było niestety jeść, spać oraz choć odrobinę pozwiedzać miasto, które do tej pory kojarzyło mi się jedynie z działalnością kolektywu artystycznego "Łódź Kaliska" (przyznam, że jestem wielkim fanem starej, postindustrialnej architektury, więc byłem pod sporym wrażeniem aczkolwiek zdecydowanie wciąż zbyt wiele tu budynków zaniedbanych, które dopiero teraz zaczynają być poddawane renowacji). W przeciwnym razie mógłbym nie wychodzić z sali kinowej.

Tak na marginesie dodam, że zdecydowanie najlepszym filmem jaki widziałem premierowo na tym festiwalu była frenetyczna "Mowa Ptaków" w reżyserii Xawerego Żuławskiego. To bez wątpienia największe szaleństwo tego roku ale całkowicie satysfakcjonujące! Kino prowokujące, odważne, wymykające się wszelkim schematom i pulsujące energią. Na drugim miejscu w moim osobistym rankingu uplasowało się intrygujące "Ja teraz kłamię" Pawła Borowskiego czyli przedstawiciel "retrofuturyzmu" (jak to określił podczas prelekcji operator Arkadiusz Tomiak) oraz próba znalezienia odpowiedzi na pytanie co by było gdyby David Lynch stworzył odcinek Black Mirror po obejrzeniu Krainy Grzybów? Warto także wspomnieć o otwierającym festiwal filmie "Boże Ciało" w reżyserii Jana Komasy . Muszę przyznać, że jestem mile zaskoczony jakością tej produkcji. To mocna, przejmująca, znakomicie zagrana (Mój krajan Bartosz Bielenia) i zmuszająca do myślenia opowieść o wierze, duchowości oraz odkupieniu. Produkcja, która nie jest hermetyczna i w gruncie rzeczy nie opowiada się po żadnej ze stron polskiego ideologicznego piekiełka, ale opowiada historię uniwersalną, zrozumiałą pod każdą szerokością geograficzną dlatego też trzymam kciuki by znalazła się w gronie tytułów nominowanych do przyszłorocznych Oscarów.



Po czwarte warto podkreślić niesamowite dyskusje (formalne oraz te zdecydowanie ciekawsze czyli zakulisowe), które otworzyły mi w głowie szufladki i pozwoliły inaczej spojrzeć na kino jako zjawisko kulturowe a także na kulturę per se.Przykładowo miałem możliwość zapoznać się ze sposobami promocji filmów, poznać sposoby mówienia o klasykach, których się nigdy nie widziało, podyskutować o polskim kinie gatunkowym, ze szczególnym uwzględnieniem mojego ukochanego horroru, poznać ludzi, którzy również mają hopla na punkcie kina albo wygrać piwo za wiedzę na temat wpływu waginy kochanki Hearsta na historię kinematografii ze szczególnym uwzględnieniem Obywatela Kane'a.

Po piąte w związku z tym wszystkim o czym wcześniej wspomniałem czas upłynął mi zdecydowanie zbyt szybko i zanim na dobre wsiąkłem w atmosferę festiwalowego święta trzeba było się żegnać. Dlatego mam nadzieję, że za rok ponownie uda mi się zagościć na tym fantastycznym wydarzeniu.

środa, 9 października 2019

Zabójczy żart. Krótkie wrażenia po seansie "Jokera".



Witam!






Zacznijmy od tego, że "Joker" to bez wątpienia najgłośniejszy film tego roku ponieważ narosła wokół niego cała masa emocji. Głównie negatywnych. Obawiano się chociażby, że film zainspiruje różnej maści szaleńców i może powtórzyć się sytuacja się sytuacja jaka miała miejsce 7 lat w Aurorze kiedy James Holmes otworzył ogień podczas premiery w tamtejszym kinie filmu "Mroczny Rycerz Powstaje" Christophera Nolana zabijając 12 osób a raniąc 59. Na szczęście do tej pory nic takiego nie miało miejsca. Oby tak było to końca.

Nie będę ukrywał, że bardzo mocno czekałem na tę produkcję i miałem wobec niej bardzo wysokie oczekiwania. Głównie dlatego, że uwielbiam tytułową postać i byłem ciekaw jak tym razem zostanie zaprezentowana, ale również ze względu na udział w tym projekcie Joaquina Phoenixa czyli jednego z najciekawszych i najbardziej utalentowanych współczesnych aktorów.

Czy dziełu Todda Phillipsa (do tej pory kojarzonego z lżejszym repertuarem czyli takimi filmami jak chociażby trylogia "Kac Vegas") udało się im sprostać? Moim zdaniem jak najbardziej! Co to był za film! Połączenie "Króla Komedii" z "Taksówkarzem" oraz komentarzem społecznym rodem z "Fight Clubu" Davida Finchera dało mocne, intensywne i porażające studium popadania w obłęd. Mimo całej mojej miłości do "Watchmen" to właśnie "Jokera" uznałbym za najlepszy film komiksowy w historii. I to nawet mimo faktu, że ta opowieść nie potrzebuje komiksowego enturażu gdyż mogłaby śmiało stać "na własnych nogach".

Dodatkowo warto wspomnieć o niesamowitej muzyce autorstwa Hildur Guðnadóttir (niezwykle utalentowanej kompozytorki z Islandii, która w tym roku dowiodła, że warto obserwować jej dalszą karierę ponieważ zdążyła zabłysnąć ścieżką dźwiękową do genialnego "Czarnobyla") a także aktorski popis Joaquina Phoenixa, który tworzy jedną z najlepszych kreacji tej dekady. Jego Joker może śmiało konkurować z tym Morderczym Błaznem jakiego wykreował nieodżałowanej pamięci Heath Ledger w "Mrocznym Rycerzu" . Nie będę ich bezpośrednio porównywał bo to kompletnie różne wizje. Jeden jest enigmatyczną i fascynującą figurą niosącą chaos a jej jedynym celem jest patrzeć "jak świat płonie". Drugi nieszczęśliwym człowiekiem, który musi zmagać się z własnymi demonami (choroba psychiczna) oraz nieżyczliwym światem, który go odrzucił.

Powiem jednak, że ta postać ma ogromne szczęście do wcielających się w nią aktorów gdyż pozwala się wykazać talentem i z każdego wyzwala to, co w nim najlepsze (oczywiście o ile twórcy nie sabotują swojego filmu jak to miało miejsce w przypadku Jareda Leto).

piątek, 16 sierpnia 2019

Krótka piłka: Dawno temu w Hollywood (2019)

 Niech Cthulhu będzie z wami!

 
Muszę przyznać, że to dziwny film, który nie każdemu się spodoba gdyż gra z naszymi oczekiwaniami oraz brak tu typowej fabuły (To raczej zbiór mniej lub bardziej ze sobą powiązanych epizodów). Dlatego też  podczas seansu kilka osób narzekało na nudę i wychodzili z sali już po godzinie.

Oczywiście rozumiem, że ludzie mogli być rozczarowani. Ja jednak siedziałem jak zaczarowany. Moim zdaniem Quentin Tarantino, enfant terrible popkultury,  po prostu zaczął dojrzewać, wrócił do formy po rozczarowującym "Hateful Eight" i

Owszem są tu brutalne sceny (na przykład zakończenie), ale tym razem Tarantino postawił na stworzenie swoistego listu miłosny dla kina. Trzeba powiedzieć, że wyszło mu to rewelacyjnie! Jestem zachwycony tą przejażdżką do słonecznej Kaliforni prosto z pięknych lat sześćdziesiątych.  Moim zdaniem ten film ma tylko jedną wadę - jest zdecydowanie za krótki. Chciałbym bowiem dłużej przebywać z tymi bohaterami i chłonąć tę cudowną atmosferę wolności. Pewnie dlatego, że  uwielbiam kiedy kino podejmuje dialog same ze sobą. Z pewnością zafunduję sobie niedługo kolejny seans.

Warto podkreślić znakomite ekranową chemię między Bradem Pittem a Leo DiCaprio, scenografię, muzykę oraz fakt, że kolejny raz uświadomiłem sobie, że Margot Robbie jest tak piękna i ma taką charyzmę, iż ciężko oderwać od niej wzrok. Szkoda więc, że dostała tak mało czasu ekranowego.
dostarczył jedno ze swoich najlepszych dzieł.

czwartek, 1 sierpnia 2019

Szczęśliwa dziesiątka moich ulubionych reżyserów.

Niech Cthulhu będzie z wami! 

Od poprzedniego tego typu zestawienia minął rok a od ostatniego wpisu kilka miesięcy. Pora więc, abym przy okazji powrotu dokonał aktualizacji, ponownie przyjrzał się temu zagadnieniu oraz przedstawił wam  twórców, na których w mojej opinii zawsze można liczyć, że dostarczą pełnowartościowy a przede wszystkim interesujący produkt. Muszę przyznać, że wybór był trudny. Z uwagi na przyjęte kryterium na liście mogł znaleźć się wyłącznie 10 nazwisk. Zabrakło zatem miejsca dla takich twórców jak chociażby Ari Aster, Kevin Smith, Christopher Nolan czy David Fincher.

środa, 29 maja 2019

„Pijmy wino, idźmy śnić”

Niech Cthulhu będzie z wami!


W związku z tym, iż jakiś czas temu miałem możliwość przebywać przez kilka dni w Radziejowicach na szkoleniu organizowanym przez Narodowe Centrum Kultury dla osób biorących udział w projekcie „Praktykuj w kulturze” doszedłem do wniosku, iż warto usiąść i na spokojnie spróbować to jakoś podsumować. Poświęcić temu niezwykłemu doświadczeniu, którego byłem uczestnikiem, choć kilka słów przefiltrowanych przez pryzmat mojej, czysto subiektywnej i zwichrowanej, wrażliwości. Tak więc z góry ostrzegam, że jeśli ktoś spodziewał się typowej relacji pełnej suchych faktów, odhaczania kolejnych punktów harmonogramu i liczb, to tu tego nie znajdzie. Moim celem było bowiem nie tyle wierne oddanie przebiegu całego wydarzenia ile raczej próba uchwycenia jego ogólnego „ducha”.

Wracając jednak do meritum, muszę przyznać, że im dłużej zastanawiam się nad tym, co właściwie powinienem napisać na temat odbytego szkolenia, by najpełniej oddać szerokie spektrum wrażeń, które stały się moim udziałem podczas tych kilku dni, tym bardziej zaczynam dochodzić do wniosku, że ubranie tego wszystkiego w odpowiednie słowa i ujęcie w zgrabną formę, przyswajalną dla potencjalnego czytelnika, będzie zadaniem przypominającym co najmniej stąpanie po polu minowym w płetwach. Pewnie się da, tylko po co? Z uwagi bowiem na wciąż siłę tego przeżycia istnieje poważne ryzyko zbytniej hermetyczności przekazu tak więc ktoś, kto nie był uczestnikiem opisywanej przeze mnie „wyprawy”, może poczuć się zagubiony. I choć będę oczywiście starał się poskromić swoje przemyślenia przed zbytnim rozbisurmanieniem i ująć to wszystko najprościej jak tylko potrafię, jednak niczego tak naprawdę nie mogę zagwarantować! Myślę, że każdy, kto zdecyduje się wziąć udział w kolejnej edycji tego szkolenia (do czego zresztą serdecznie zachęcam) doskonale mnie zrozumie.

Ok! Tyle tytułem wstępu, a teraz przejdźmy do meritum.
Przede wszystkim wart podkreślenia jest w moim odczuciu niesamowity klimat samych Radziejowic. Mam wrażenie, że to właśnie ta przesycona magią aura tego miejsca, zawieszonego jakby „poza czasem” w głównej mierze sprawia, że pobyt tam jest niczym piękny sen, z którego nie chcesz się obudzić, gdyż masz pewność, iż nieuchronnie zbliżająca się konieczność powrotu do szarej rzeczywistości będzie traumatycznym doświadczeniem. Sama bowiem możliwość obcowania z wyraźnie wyczuwalną na każdym kroku historią (na marginesie warto wspomnieć, że właśnie tam w 1928 Ryszard Ordyński zdecydował się nakręcić część zdjęć do pierwszej w dziejach polskiego kina ekranizacji „Pana Tadeusza”), sztuką (dzieła Chełmońskiego, „Arka Wilkonia”, popiersia polskich wieszczów czy rzeźby Alfonsa Karnego) oraz spacery urokliwymi parkowymi alejkami sprawiły, że zupełnie nie dziwi mnie fakt, iż Radziejowice stały się mekką artystów, którzy chętnie przyjeżdżają tam na plenery lub po prostu szukać natchnienia.
Wiem, że może nie powinienem operować takimi wielkimi słowami, jako że spędziłem tam zaledwie kilka dni, jednak nawet tak krótki pobyt w tym niezwykłym miejscu pozwolił mi się wyciszyć (do czego zresztą zachęcają niezwykle wygodne łóżka), oderwać od codziennego pośpiechu, trosk czy problemów a przede wszystkim natchnął pozytywną energią. Ponadto wydobył na powierzchnie moje najlepsze cechy takie jak kreatywność czy otwartość umysłu. W związku z tym jestem prawie pewny tego, iż gdybym spędził tam jeszcze kilka dni, to w mojej głowie powstałby przynajmniej zarys jakiegoś wiekopomnego dzieła sztuki, które mogłoby nawet przyćmić przywołanego wcześniej „Pana Tadeusza”. No cóż! Raczej się już tego nie dowiemy. Pozostaną jedynie spekulacje.

Jeśli chodzi o rzeczy, które (przynajmniej przed szkoleniem) spędzały mi sen z powiek, to zdecydowanie największą z nich stanowiła perspektywa obcowania z nieznanymi mi wcześniej ludźmi. Nie będę wszak ukrywał, że z reguły takie sytuacje, kiedy wrzucony zostaję w nową grupę, w której nikogo nie kojarzę wyprowadzają mnie ze stanu psychicznej homeostazy i sprawiają, iż już na samą myśl czuję się przytłoczony. W związku z tym nie może specjalnie dziwić, iż staram się unikać wszelkich sytuacji, które potencjalnie mogą doprowadzić do poczucia dyskomfortu. Przykładowo omijam szerokim łukiem wszelkie imprezy masowe a przejazdy komunikacją miejską traktuję jako absolutną ostateczność i albo się kompletnie odizolowuję od innych towarzyszy niedoli (np. słuchając muzyki, czy zanurzając w swoim własnym świecie za pośrednictwem zajmującej lektury) albo też (jeśli odległość nie jest zbyt odległa i mogę sobie na to pozwolić) wybieram samotny spacer. Tym razem jednak zmuszony postanowiłem się nie poddawać i zmierzyć ze swoimi lękami i czuję, że była to bardzo mądra decyzja. Gdyby bowiem moja „fobia społeczna” ostatecznie zatriumfowała i na przykład zrezygnowałbym z wyjazdu, to czuję, że wiele bym stracił. Nie miałbym bowiem okazji wymiany doświadczeń, zdobycia narzędzi przybliżające mnie do wymarzonego celu, jakim jest praca w kulturze (przykładowo nie poznałbym zasad funkcjonowania Facebooka i metod promowania za jego pomocą wydarzeń kulturalnych) a przede wszystkim nie spotkałbym na swojej drodze bardzo specyficznych, a jednocześnie niezwykle interesujących osób z różnych części Polski. Ludzi, których towarzystwo niezwykle mi odpowiadało i przy których czułem się swobodnie czego rezultatem była nie tylko niepowtarzalna atmosfera wzajemnego zrozumienia, ponieważ łączyło nas zainteresowanie kulturą we wszelkich jej przejawach.

Ominęłyby mnie także trwające niemal do białego rana konwersacje na rozmaite tematy (takie jak na przykład kino rosyjskie albo kwestia tego, jakie zwierzęta są najsłodsze na świecie: pandy, foki czy może leniwce). Nie mógłbym oklaskiwać plejady polskiego aktorstwa (Między innymi Danuty Stenki, Jerzego Radziwiłowicza czy Mariusza Bonaszewskiego) podczas oglądania „Kordiana” na deskach Teatru Narodowego, ani wziąć udziału w pasjonujących rozgrywkach, dzięki którym słowo „Mafia” nie będzie mi się kojarzyło jedynie z groźnymi panami z Palermo i filmem „Ojciec Chrzestny”, ale chyba do końca życia będzie budziło w mojej głowie pozytywne konotacje.

Mimo zatem różnych ogromnego zmęczenia po powrocie do Białegostoku uważam, że warto było tego wszystkiego doświadczyć i całą tę eskapadę odbyć. Choćby po to, by pozwolić dać się uwieść magicznej atmosferze Radziejowic niczym najpiękniejszej dziewczynie. Zapewniam, że kto tak postąpi, absolutnie nie będzie żałować! Sam jestem absolutnie zakochany w tym niezwykłym miejscu i jeśli tylko będę miał taką możliwość chętnie do niego powrócę.

poniedziałek, 6 maja 2019

25 moich ulubionych filmów

Niech Cthulhu będzie z wami!



Dziś przedstawiam zestawienie 25 moich ulubionych filmów. Z góry uprzedzam, że w większości wypadków nie są to najlepsze filmy jakie w życiu widziałem (Nie znalazły się tu zatem "Melancholia", "Wstyd" czy "Czarny Łabędź"), ale raczej takie, do których z różnych względów czuję największy sentyment i które lubię sobie od czasu do czasu powtórzyć. Oczywiście jak zawsze chętnych było więcej niż miejsc więc musiałem zastosować ostrą selekcję. Jestem przekonany, że kolejność mogłaby być nieco inna.

Miejsce 25.
Dom 1000 trupów
House of 1000 Corpses
Reżyseria: Rob Zombie 

Miejsce  24
Kontrolerzy (2003)
Kontroll
Reżyseria: Nimrod Antal

Miejsce 23. 
Tropic Thunder (2008)
Reżyseria: Ben Stiller

Miejsce 22. 
Polowanie na Czerwony Październik (1990)
The Hunt for Red October
Reżyseria: John McTiernan

Miejsce 21. 
Moulin Rouge (2001)
Reżyseria: Buz Luhrmann 

Miejsce 20. 
Szósty Zmysł (1999)
Reżyseria: M. Night Shyamalan

Miejsce 19.
Dom w głębi lasu (2012)
Cabin in the Woods
Reżyseria: Drew Goddard

Miejsce 18.
 Śniadanie na Plutonie (2005)
Breakfast on Pluto
Reżyseria: Neil Jordan

Miejsce 17. 
Dziewczyna z szafy (2012)
Reżyseria: Bodo Kox

Miejsce 16. 
Zodiac (2007)
Reżyseria: David Fincher 

Miejsce 15. 
Lot nad kukułczym gniazdem (1975)
One Flew Over the Cuckoo's Nest
Reżyseria: Milos Forman

Miejsce 14.  
Birdman (2014)
Reżyseria: Alejandro González Inárritu

Miejsce 13. 
Faworyta (2018)
The Favourite 
Reżyseria: Yorgos Lanthimos 

Miejsce 12.  
Mordercza Opona (2010)
Rubber
Reżyseria:  Quentin Dupieux

Miejsce 11
La La Land (2016)
Reżyseria: Damien Chazelle 

Miejsce 10. 

Wyjście przez sklep z pamiątkami (2010)

Exit Through the Gift Shop
Reżyseria:  Banksy

Miejsce 09.

Mr. Nobody  (2009)

Reżyseria: Jaco Van Dormael

Miejsce 08.

Zwierzęta Nocy (2016)

Nocturnal Animals 
Reżyseria: Tom Ford 

Miejsce 07 

Thor Ragnarok (2017)

Reżyseria: Taika Waititi 

Miejsce 06. 

Mulholland Drive (2001)

Reżyseria: David Lynch

Miejsce 05.

The Room (2003)

Reżyseria: Tommy Wiseau

Miejsce 04

Coś (1982)

The Thing
Reżyseria: John Carpenter

Miejsce 03.

 Leon Zawodowiec (1994)

Léon
Reżyseria: Luc Besson 

Miejsce 02

Milczenie Owiec (1991)

The Silence of the Lambs
Reżyseria: Jonathan Demme

Miejsce 01. 

Czas Apokalipsy (1979)

Apocalypse Now
Reżyseria: Francis Ford Coppola

wtorek, 23 kwietnia 2019

"Wojna Polsko- Ruska" ( 2009 ) ( Czyli nieformalnego tygodnia kina polskiego ciąg dalszy) (Wpis archiwalny)



Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Jakoś tak dziwnie i zupełnie niezamierzenie się złożyło, że dzisiaj mamy kolejny wpis dotyczący dobrego polskiego filmu czyli coś, czego jeszcze na tym blogu nie było ( Ba! Do tej pory pojedynczy polski film, i to nawet niekoniecznie dobry, był tu ewenementem i wyróżniał się niczym murzyn na zjeździe Ku Klux Klanu, a teraz polskie produkcje zaczęły się nam panoszyć na tych łamach jak karaluchy). Tylko, że po prostu nie mogłem go pominąć skoro bardzo mi się podobał i uważam go za jeden z najlepszych i najbardziej kreatywnych polskich filmów, jakie kiedykolwiek powstały, i to nawet mimo, że moje relacje z z tą produkcją, można nazwać "niezwykle skomplikowanymi". Nie będę bowiem ukrywał, iż nie od razu przypadliśmy sobie do gustu. Ba! Po pierwszym kontakcie, który miał miejsce kiedy wybraliśmy się ze znajomymi na projekcję dzieła Xawerego Żuławskiego do jednego z białostockich kin, zrobił na mnie niezbyt korzystne wrażenie. Wydał mi się bowiem zbyt udziwniony, bełkotliwy i po prostu nieczytelny w odbiorze. Pamiętam nawet jak mówiłem, nawiązując do przeczytanego gdzieś sloganu reklamowego mówiącego, iż Żuławski to polski Tarantino", że "Jaki kraj, taki Tarantino"). Kiedy jednak, po jakimś czasie, urządziłem sobie drugi seans, tym razem na spokojnie i w domu, to byłem po prostu oczarowany i bez reszty dałem się wciągnąć w jego niesamowitą atmosferę. Ba! Sięgnąłem nawet po literacki pierwowzór czyli książkę Doroty Masłowskiej. I choć od tamtej pory widziałem ten obraz już tyle razy, że powinien mi kompletnie zbrzydnąć, to jednak nadal, kiedy tylko mam taką możliwość, siadam przed ekranem i rozkoszuję się tym kawałkiem kapitalnego kina. Pomyślałem więc, że niewybaczalny jest fakt, iż wobec takiego stanu rzeczy, ten genialny obraz nie ma swojego wpisu na moim blogu. To się dzisiaj zmieni. Może nie będzie on jakoś super długi, bo wyznaję wszak jedną prostą zasadę, że o dobrych i bardzo dobrych filmach nie ma sensu się jakoś rozciągać w pisaniu, ale zawsze!

Na początek i dla porządku warto wspomnieć o czymś, o czym wszyscy i tak pewnie wiedzą. "Wojna Polsko- Ruska" to ekranizacja, wspominanej tu już mimochodem, słynnej książki Doroty Masłowskiej. I choć ze swojej strony nie mogę przeanalizować zgodności adaptacji z oryginałem, bo chociaż książkę przeczytałem, i pewnie miałbym masę przemyśleń na ten temat (włącznie z tym, że absolutnie nie dziwię się, formułowanej przez niektórych tezie, o nieprzekładalności jej fabuły na język filmu i mam wielki szacunek do twórców za to, iż jakimś cudem znaleźli sposób by choć w niewielkim stopniu oddać wizję, która powstała w głowie pewnej młodej dziewczyny i została przez nią z takim kunsztem ubrana w słowa i przelana na papier), to jednak nie wiem czy jest to jakoś super potrzebne do zrozumienia treści zawartych w tej opowieści Uważam bowiem, że należy ją traktować jako źródło dobrej zabawy i zerwanie z gorsetem schematów i klisz. A co najważniejsze film, awet jeżeli jest, tak jak z tym mamy do czynienia w tym przypadku, maksymalnie pogięty, frenetyczny i udziwniony ( Czyli bardzo w moim typie zatem nic chyba dziwnego, że mi się podoba prawda?) powinien teoretycznie bronić się sam.

Na co więc warto zwrócić tu szczególną uwagę? Na kilka rzeczy: Na cudownie szaloną postać Nataszy w wykonaniu kapitalnej Sonii Bohosiewicz, na urzekające metaklimaty (zauważmy bowiem, iż ważny epizod policyjnej stenotypistki zagrała tu sama pisarka), na próby "burzenia czwartej ściany", na, jak zwykle zwariowaną, Romę Gąsiorowską oraz na świetne efekty specjalne, rewelacyjny montaż czy niezwykle żywo brzmiące dialogi. Jednak największe słowa pochwały należy skierować w stronę Borysa Szyca i jego wyśmienitej, zniewalającej, totalnej i, chyba bez cienia przesady, można by zaryzykować stwierdzenie iż hollywoodzkiej, kreacji, która tak na marginesie była jedyną rolę w jego dorobku, która autentycznie mi się podobała i jedyną, w której jego specyficzny styl grania polegający na wałkowaniu w kółko jednej postaci mi zupełnie nie przeszkadzał. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że bez Szyca ten niewątpliwie ryzykowny pomysł (Bowiem tak jak już mówiłem, powstał on na podstawie książki, która, chociażby z powodu stylu poprowadzenia przez autorkę narracji, powszechnie została uznana, niczym "Ulysses", za "nie do zekranizowania. Zwróćcie też uwagę na to jak pokręcony jest ten film i jak bardzo stara się nas wizualnie oszołomić. Ba! Pod względem zachodzących w nim dziwności można by go spokojnie postawić w jednym szeregu z takimi dziełami jak chociażby "Inland Empire" Davida Lyncha) i łatwo mógłby zamienić się w jedną wielką, nieoglądalną artystowską breję, napakowaną symbolami jak świąteczny indyk farszem. Zresztą co by daleko nie szukać produkcji, w których myśl artystyczna reżysera zdecydowanie przerosła umiejętności wystarczy włączyć sobie "Big Love" (choć mi tam się akurat ten film podobał) pani Barbary Białowąs, bohaterki zupełnie innej bajki... tzn. notki na tym blogu.

Podsumowując. Choć nie da się ukryć faktu, że "Wojna polska ruska" to bardzo specyficzna produkcja, która nie każdemu przypadnie do gustu to jednak niewątpliwie jest to rzecz, którą wypada znać i mieć o niej wyrobione zdanie bo, w mojej ocenie, mamy tu do czynienia z niezaprzeczalnie najlepszym polskim filmem ostatnich lat