czwartek, 16 lutego 2017

Happy Birthday Elizabeth Olsen!!!


Nie wiem czy wiecie, ale dziś 28 urodziny obchodzi jedna z moich absolutnie ulubionych aktorek!
Posiadaczka przeuroczego uśmiechu, od którego nie można oderwać wzroku, magnetyzującego i hipnotyzującego spojrzenia a przede wszystkim nieprzeciętnego talentu, sprawiającego, że oglądanie jej na ekranie jest nie tylko przyjemnością pod względem wizualnym ale przede wszystkim gwarancją wysokiego aktorskiego poziomu!
Krótko mówiąc  jedyna i niepowtarzalna Elizabeth Olsen!
Wszystkiego najlepszego, zdobycia Oscara (którego w mojej ocenie powinna otrzymać już kilka lat temu za stworzenie wyśmienitej kreacji w poruszającym filmie "Martha Marcy May Marlene")  a przede wszystkim jak najwięcej ról na miarę posiadanego nieprawdopodobnego potencjału!

wtorek, 14 lutego 2017

"La La Land" (2016)



Niech Cthulhu będzie z wami!

Przyznam się szczerze, że poza kilkoma wyjątkami takimi jak fenomenalne "Moulin Rouge" czy zwariowane "Córki Dancingu" nigdy nie byłem fanem musicali. W dodatku niespecjalnie przypadł mi do gustu poprzedni film Damiena Chazelle czyli "Whiplash", który nadal uważam za przereklamowaną gorszą wersję "Czarnego Łabędzia". Wobec tego nie może być chyba dla nikogo specjalnym zdziwieniem, że nie miałem w planach oglądać "La La Land"

Ponieważ jednak wszyscy wokół dosłownie zwariowali na punkcie tej produkcji, zbiera ona wszystkie możliwe nagrody filmowe i wyrosła na oscarowego pewniaka wypadało ją obejrzeć i przekonać się, czy faktycznie jest tak dobra.

I wiecie co? Absolutnie nie żałuję, że zdecydowałem się na seans, ponieważ "La La Land" mi się bardzo podobał!

Jasne! Można się czepiać, że fabuła jest, delikatnie rzecz biorąc niespecjalnie oryginalna i była wykorzystana jakieś, lekko licząc, milion razy jednak jeśli mam być szczery to jest w tej chwili bez znaczenia.

 Całość jest bowiem znakomicie zrealizowana, opowiedziana z wdziękiem, świeżością i energią a przede wszystkim nie da się zaprzeczyć temu, iż wywołuje autentyczne emocje oraz posiada niemalże magiczny nastrój. W dodatku ewidentnie widać, że film powstał z miłości do kina czemu niejednokrotnie daje wyraz.

Powinienem dodać, że Emma Stone jest przeurocza a z Ryanem Goslingiem łączy ją nieprawdopodobna ekranowa chemia, ale to akurat wiedziałem przed seansem choćby z ich wspólnego występu w rewelacyjnym  "Crazy Stupid Love" 

Podsumowując. Choć osobiście wolałbym zwycięstwo "Arrival" czy "Manchester By The Sea" (Nie mówiąc już o niesprawiedliwie pominiętych "Nocnych Zwierzętach" Toma Forda) jednak nie będę zaskoczony ani specjalnie zawiedziony jeśli w nocy z 26 na 27 lutego okaże się, że to film Damiena Chazelle zgodnie z przewidywaniami rozbije bank podczas oscarowej gali!

Dostaliśmy bowiem bardzo dobra produkcję, która, czego nie będę ukrywał, przemówiła do mojego wewnętrznego marzyciela i romantyka głęboko ukrytego pod maską zgorzkniałego cynika-nihilisty. 

OCENA: 8/10

sobota, 11 lutego 2017

Omen (1976)

Niech Cthulhu będzie z wami!

Opis fabuły: Dyplomata, Robert Thom, w tajemnicy przed swoją żoną adoptuje chłopca, który zastępuje ich zmarłego syna. Po latach okazuje się, iż Damien nie jest zwyczajnym dzieckiem.

Moja opinia:
Wstyd przyznać, ale choć wielokrotnie się przybierałem, nigdy nie widziałem filmu "Omen". Oczywiście mam na tu myśli oryginał w reżyserii Richarda Donnera z 1976 a nie remake stworzony przez twórcę "Szklanej Pułapki 5" Johna Moore'a w 2006 roku. 

Na szczęście w tegoroczne Halloween  zdecydowałem się (w głównej mierze dzięki rekomendacji od pewnej przewspaniałej, przecudownej i przeuroczej osoby, której będę dozgonnie wdzięczny za to, że praktycznie jednym słowem osiągnęła w tej kwestii więcej niż udało się mojej mamie, która przywołany wyżej tytuł uważa za najlepszy horror jaki kiedykolwiek powstał, przez ostatnich kilkadziesiąt lat) to haniebne niedopatrzenie w końcu nadrobić. 

I powiem szczerze, że bardzo się cieszę, gdyż "Omen" to nie tylko zdecydowanie najlepszy horror z wątkami satanistyczno- okultystycznymi ale w dodatku praktycznie z marszu ląduje na wysokiej pozycji mojej listy najlepszych horrorów jakie w życiu widziałem! 

Zresztą chyba nie można się temu dziwić! Jest tu bowiem wszystko co obraz tego typu powinien posiadać: wzorowo budowane napięcie, kapitalna muzyka Jerry'ego Goldsmitha, gęsty klimat, aura tajemnicy, wciągająca fabuła oraz wyśmienite aktorstwo. Ba! Nawet zakończenie jest takie jak lubię czyli dość "niehollywoodzkie"! 

Krótko mówiąc "Omen" to film, który każdy fan kina grozy po prostu powinien znać!

OCENA:

9/10

piątek, 10 lutego 2017

"Nocne Zwierzęta" (2016)

Niech Cthulhu będzie z wami!



Za nieco ponad dwa tygodnie (konkretnie 27.02) poznamy zwycięzcę Oscarów i dowiemy się czy względy członków Amerykańskiej Akademii Filmowej zdobył "La La Land", "Manchester By The Sea" czy może "Moonlight". Niezależnie od finalnych rezultatów myślę, że już teraz można stwierdzić, że największym pominiętym tegorocznego rozdania są "Zwierzęta Nocy" w reżyserii Toma Forda. 

środa, 8 lutego 2017

"Toni Erdmann" (2016) czyli pochwała szaleństwa!




Niech Cthulhu będzie z wami!


Opis fabuły (za Filmwebem)

Lekkoduch Winfried postanawia złożyć swojej zapracowanej córce wizytę w Bukareszcie. Spotkaniu towarzyszy jego ekscentryczne alter ego "Toni Erdmann", przedstawiający się jako trener personalny szefa dziewczyny.

Moje wrażenia

Przede wszystkim zacznę od tego, że film Maren Ade, czyli prawdopodobnie najpoważniejszy kandydat do Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego (powiedziałbym, że wręcz murowany zwycięzca gdyby nie to, iż słyszałem głosy mówiące o tym, że akademia może chcieć zagrać na nosie Donaldowi Trumpowi i nagrodzić "Klienta" irańskiego reżysera Asghara Farhadi)  jest dziełem bardzo specyficznym, który nie każdemu przypadnie do gustu.

Mimo sporej porcji humoru nie jest to bowiem głupkowata komedyjka w stylu "Głupiego i głupszego" mająca wywoływać salwy śmiechu kolejnymi coraz bardziej przerysowanymi wygłupami swojego bohatera.

Nie ma tu porywającego tempa akcji ani pięknych ujęć, na których można "zawiesić oko" i którymi można się zachwycać.
Przeciwnie! Można powiedzieć, że jest to dzieło dość kameralne (żeby nie powiedzieć teatralne), które podobnie jak filmy Jima Jarmuscha skupia gros uwagi na bohaterach i dialogach.

Dlatego też nie dziwię się głosom, że "Toni Erdmann" to najlepszy sposób na zmarnowanie trzech godzin. Ja jednak mimo wszystko jestem bardzo zadowolony z seansu!

Dostałem bowiem wspaniały, mądry, kapitalnie zagrany (nadal nie mogę się zdecydować czy lepiej wypadł wcielający się w tytułowego bohatera Peter Simonischek czy grająca jego córkę Sandra Huller) i subtelnie opowiedziany film, który budzi delikatne skojarzenia z "Podwójnym życiem" Jodie Foster czy "Idiotami" Larsa Von Triera  ponieważ uczy że jedynym sposobem na to, by wypełnić pustkę egzystencji jest odnaleźć i pielęgnować  swojego "wewnętrznego idiotę".

Nigdy nie tracić poczucia humoru, nie traktować życia śmiertelnie poważnie i na przekór konwencjom czy schematom "normalności" starać się pielęgnować własną oryginalność.

Podsumowując. Mimo, że do końca roku i mojego podsumowania jeszcze sporo czasu jednak mam wrażenie, że "Toni Erdmann" znajdzie się na wysokim miejscu listy najlepszych filmów 2017.

 Dodam też, że bardzo boję się zapowiedzianego dziś amerykańskiego remaku tej produkcji. Bo choć Jack Nicholson jest jednym z moich ulubionych to jednak jakoś trudno mi sobie wyobrazić, by hollywood nie przedobrzyło i nie zniszczyło tej subtelności, która była siłą oryginału. 

OCENA: 9/10

sobota, 4 lutego 2017

"Nowy Początek" (Arrival) 2016

Niech Cthulhu będzie z wami!

W ramach przygotowań do zbliżającej się wielkimi krokami Oscarowej gali oraz chęci odreagowania stresu związanego z sesją zdecydowałem się sięgnąć po "Nowy Początek" czyli najnowszy film Dennisa Villeneuve, twórcy mającego na swoim koncie tak kapitalne produkcje jak "Labirynt", "Sicario" czy "Wróg".

Dzieło, o którym tak na marginesie praktycznie zewsząd słyszałem entuzjastyczne opinie twierdzące, że to jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku (o ile nie najlepszy) i porównujące go do takich klasyków jak "2001 Odyseja Kosmiczna" Stanleya Kubricka czy "Interstellar" Christophera Nolana. 

Jedynym powodem do obaw, był zatem fakt, że za scenariusz odpowiadał Eric Heisserer do tej pory kojarzący mi się z tragicznym remakiem "Koszmaru z ulicy Wiązów". Na szczęście nie jest to jednak jego autorskie dzieło, ale oparte o opowiadanie Teda Chianga. Można więc było śmiało oczekiwać, że uda mu się tego nie zepsuć. 

Nic więc chyba dziwnego, że wiele się po tym dziele spodziewałem, co mogło skutkować rozczarowaniem. Na szczęście po projekcji mogę powiedzieć, że absolutnie się nie zawiodłem! 

Ba! Ośmielę się stwierdzić, że "Arrival" potwierdził status Denisa Villeneuve jako jednego z najciekawszych i najbardziej utalentowanych współczesnych reżyserów, dowodząc, że doskonale odnajduje się on w każdym filmowym gatunku!

Dostaliśmy bowiem kameralne, urzekające atmosferą, wciągające, zmuszające do myślenia  a przede wszystkim inteligentne i wzorcowo zrealizowane kino SF, które nie musi epatować widza popisowymi efektami specjalnymi przesłaniającymi płytką fabułę i drewnianych bohaterów, ale raczej wykorzystujące gatunkowy sztafaż jako pretekst do opowiedzenia o uniwersalnych kwestiach takich jak np. problemy z komunikacją.

Dodatkowym atutem tej produkcji jest kapitalna kreacja aktorska Amy Adams. Aż dziw bierze, że jej starania nie zostały zauważone przez oscarową akademię. No ale przecież w jakiś sposób musiano znaleźć miejsce dla Meryl Streep. 

Podsumowując. Zgadzam się ze wszystkimi pozytywnymi opiniami! "Arrival" to produkcja, którą gorąco polecam (zwłaszcza osobom, które tak jak ja odczuwają poważny deficyt inteligentnych i intrygujących filmów SF) i za którą będę trzymać kciuki podczas oscarowej gali!

piątek, 20 stycznia 2017

Assassin's Creed (2016)

Niech Cthulhu będzie z wami!

Zacznę może od tego, że nie jestem wielkim entuzjastą takiej formy rozrywki jak gry komputerowe. Ponad spędzaniem czasu przed ekranem wcielając się w fikcyjnych bohaterów i przeżywając ich przygody preferuję czytanie książek albo oglądanie filmów. Wiem! Jestem dziwny!

Na tę produkcję poszedłem więc (Tak na marginesie dodam, że pierwotnie miałem to zrobić już dwa tygodnie temu (konkretnie dzień po swoich urodzinach), jednak moje plany pokrzyżowały wówczas mrozy dochodzące -30 stopni) nie dlatego, żebym czuł jakąkolwiek emocjonalną więź z pierwowzorem (wszak trudno czuć więź z czymś, z czym nigdy nie miało się żadnego kontaktu prawda?) ale raczej dlatego, że gra w nim mój ulubiony aktor Michael Fassbender.

Dodatkowo ostatnia współpraca Fassbendera, Marion Cottilard
i reżysera Justina Kurzela zaowocowała oszałamiającym (głównie pod względem wizualnym) "Makbetem", więc  liczyłem na to, że po prostu będę się dobrze bawił. I wiecie co? Mogę  śmiało powiedzieć, że się nie zawiodłem!

Przede wszystkim dlatego, że pod względem, że tak to ujmę
aspektu formalnego "Assassin's Creed" jednoznacznie dowodzi tego, iż przywołany wyżej Justin Kurzel to twórca bardzo sprawny warsztatowo i potrafiący znakomicie "opowiadać obrazem". Akcja trzymała w napięciu a muzyka i montaż budowały odpowiedni nastrój.

Bo choć brakuje tu scen pozostających w pamięci czy pięknych kadrów, które chciałoby się oprawić w ramkę  i powiesić na ścianie (jak to miało miejsce w przypadku choćby finałowej bitwy w "Makbecie") to jednak pod względem realizatorskim nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Akcja trzymała w napięciu a muzyka i montaż budowały odpowiedni nastrój.

Niestety to, że film prezentuje się wspaniale, jeśli chodzi o 
ormę i "wizualia" nie znaczy, że jest dziełem pozbawionym wad. Wprost przeciwnie!

Z bólem muszę przyznać, że fabuła była dla mnie niezbyt klarowna i nie do końca wiem o co tak naprawdę chodziło. Może to być jednak efekt tego, że jak wspomniałem nigdy nie grałem w żadną grę z tej serii.

Dodatkowo główny bohater, mimo że grany był przez wspomnianego wyżej Michaela Fassbendera, jakoś mnie do siebie nie przekonał i nie sprawił bym czuł choćby minimalne zainteresowanie jego  losem.

Mam również wrażenie, że nieco zmarnowano potencjał tkwiący w Marion Cottilard, która jest przecież wspaniałą aktorką o szerokim spektrum aktorskich możliwości. Śmiało zatem mogła stworzyć interesującą postać. 

Tymczasem tu dano jej rolę, w której specjalnie nie była w stanie się czymkolwiek wykazać. Swoją drogą podobne wątpliwości mógłbym wyartykułować odnośnie kreacji Jeremy'ego Ironsa i Charlotte Rampling).

Podsumowując. Wiem, że produkcje stanowiące adaptacje innych dzieł (np. książek, komiksów czy gier komputerowych) powinno się oceniać w kontekście tego, jak wypadają na tle materiału źródłowego.

Tak jak jednak wspominałem na początku, nigdy nie grałem w żadną z gier składających się na uniwersum "Assasin's Creed". Zatem w przeciwieństwie do wielu recenzentów, z których opiniami zdążyłem się zapoznać nie możliwym jest dla mnie ocenienie, czy jest to dobra czy zła adaptacja.  

Mogę tylko powtórzyć, że choć zdaję sobie sprawę, że  gdybym wcześniej zagrał w jakąkolwiek grę z tej serii, to pewnie film podobał by mi się bardziej, jednak mimo wszystko czasu spędzonego w kinie nie uważam za czas stracony.

OCENA: 7/10